Impresje wędrownego pracownika kultury cz.3

with No Comments

13 czerwca 2016…

Podróże kształcą. Tak głosi przysłowie. Myślę, że przysłowie prawdę gada zatem rozpocznę od pewnego wieczoru, gdy z dwiema cudownymi dziewczynami Kają Woytynowską (moją personalną asystentką artystyczną internetowo-stronowo-blogowo-piarowo-winną – co mogę już oficjalnie ogłosić) oraz fantastyczną i uroczą polską sopranistką rozwijającą swoją internacjonalną karierę, Iwoną Sobotką, kończyłyśmy cudowny popremierowy wieczór w Komische Oper (śpiewałam macochę Kopciuszka, panią Madame de la Haltiere w fantastycznej operze Julka Masseneta CENDRILLON)…. Szału było moc, bo dziewczyny rozochociły się nieco w przerwie a ja pozostawałam także nieco w tyle zatem wyrównałyśmy poziom endorfin w słynnej Kantynie….. ze wspaniałym pianistą Matthew…

14961442_359803797686407_2070827583_n

…aż w pewnym momencie Iwonka zapragnęła wrócić już do domu, gdyż jej angażmą opiewał na zamieszkanie w okolicach Filharmonii Berlińskiej gdzie śpiewała pod batutą Simona Rattle’a…. a to były ze 3 przystanki metrem czyli U-bahnem ode mnie… bardzo niefrasobliwie założyłyśmy, że skoro naziemne S-bahny jeżdżą całą noc, to NA PEWNO U-bahn też, chociażby z racji nazwy, bo różni się tylko jedną literką. I tu pierwsza lekcja jazdy. Nie ufaj endorfinom 😀 Radośnie i grubo po północy, czyli już 13 czerwca, podążyłyśmy w kierunku upragnionej stacji, jakieś 200 metrów od mojego lokum przy KOB…. Wesołe, szczebioczące roześmiane ale na szczęście nie śpiewałyśmy……. Miny nam zrzedły gdy zderzyłyśmy się z kratą zamykającą wejście do metra….. chyba powinnyśmy były wtedy zacząć śpiewać…. ale nie wiem, czy jakiś pociąg by przyjechał….. Na szczęście Niemcy to tani kraj, a taksóweczki śmigają nocą co kilka sekund, więc jedna zjawiła się jak na zawołanie i zabrała naszą cudowną gwiazdę do domku….. a my z Kajusią wróciłyśmy do Komische Domciu……. Podróże kształcą…. sprawdzaj rozkład jazdy przed odjazdem…..

Kajusia tegoż już dnia w miarę rano miała zaplanowany powrót do Budapesztu. Mieszka tam już od kilku lat, nauczyła się perfect języka węgierskiego za co pochwalił ją nasz wspaniały dyrygent Henrik Nánási (“ona mówi bez akcentu, jak to możliwe???!!!”)… Zatem wracała Kajusia rano do swojego domciu…. wcześniej ode mnie, wstała rano, spakowała walizeczkę, sprawdziła bilet i udała się na odległy o 50 metrów od domu przystanek “lotniskowego” autobusu TXL w kierunku berlińskiego lotniska Tegel….. co nastąpiło dalej, znam z opowieści Kajusi……

Czekała czekała, czekali w grupce… Autobus nie nadjeżdżał….. w newralgicznym momencie poddenerwowani podróżni zdecydowali się na NIEZAWODNĄ taksówkę, która za jedyne 25 euro w tempie ekspresowym dostarczyła ich na żądane lotnisko…. I tu zagwozdka jak mówią nasi sąsiedzi. Kajusia rozczytuje po raz kolejny (chyba 5ty) swój bilet i z przerażeniem stwierdza, iż….. odlot jest z Schönefeld…. to jakaś godzina drogi taksówką z Tegel, a samolot już za 40 minut….. i to tego dnia wyjątkowo niespóźniony…… No cóż… Podróże kształcą….. jak nie widzisz, to czas kupić okulary….

Udała się Kaja ze spuszczoną głową i powoli do kasy jakiejkolwiek i zakupiła bilet na najbliższy samolot do Budapesztu czyli na godzinę 17. Ucierpiały trochę jej finanse, bo ten z Schönefeld był good price a tu musiała wykazać się posiadaniem 260 euro…… cóż, nie było wyjścia… ale lot do domu już był zapewniony…… WARNING!!!!!!! Nigdy nie trać czujności!!!!!!! Chwilę przed rozpoczęciem boardingu okazało się, że bilet opiewa na następny dzień………………….. TO SĄ JAKIEŚ ŻARTY? JOKE? LOS PRZEWROTNY? PODRÓŻE KSZTAŁCĄCE?????????? No właśnie…. i tu nastąpił zakup trzeciego biletu do Budapesztu….. teraz już na pewno prawidłowego….. Have a nice flight Kaja……….. Twój portfel schudł o prawie 600 euro… a miało być 60…… Podróże kształcą………

Mój lot opiewał na 13:40…… Jako że posiadałam 2 obszerne i kolorowe walizki zamówiłam taksówkę….. to był jakiś feralny dzień… czekałam i czekałam, przesympatyczny pan z Komiche portierni wychodził wraz ze mną aż na trochę rozkopaną wciąż Unter den Linden i… nic…. po ponad pół godzinie przyjechała zapowiadana na 5 minut czekania taksówka, kierowca z lekka oszołomiony dostarczył mnie żwawo na Tegel…… Oprócz dwóch walizek miałam też tzw blender kielichowy czyli wielkie pudło ze sprzętem gospodarstwa domowego……. firmy szwajcarskiej WMF jakby kto był ciekaw…… walizki oddałam przykładnie na stanowisku odprawy…. i ruszyłam żwawo do bramki… na mój ukochany skaner!!! Torebki to pikuś…. Torebka kobiety to magazyn wszystkiego więc nawet czasem opróżniać nie trzeba bo panowie celnicy rozpoznają kształty bezbłędnie…. Ale nadszedł czas blendera…. przejechał….. uffff… NIE!!!! WCALE NIE UFFFFF…. !!!!! Pani celniczka bierze moje pudło i wywołuje mnie na bok….. Blada się robię i potliwa…  Pani celniczka pokazuje mi, że blender ma NOŻE…. powtarza to kilka razy….. po czym – z tego co pozwala mi zrozumieć moja znajomość niemieckiego – pani informuje mnie, iż mój blender ma funkcję kruszenia lodu. Po czym wyciąga swój telefon komórkowy z kieszeni, szuka czegoś w internecie  i radośnie pokazując mi zdjęcie blendera informuje, że ma podobny, też WMF, tylko z trochę większą mocą…. I GRATULUJE MI WYBORU……… Nie muszę mówić, że stres skanerowy musiałam odreagować w lotniskowym barku…..

Opóźnienie ponad dwie godziny… Ulewy dewastują Niemcy…. W końcu startujemy…. Moje loty – że wyjaśniam – lecą do Warszawy z Berlina przez Frankfurt, ponieważ nabijam sobie punkty na karcie Miles & More a niestety LOT odwołał bezpośrednie połączenia Warszawa – Berlin. To nabijam te mile dookoła. Raz przez Frankfurt, raz przez Monachium, a kiedyś to i przez Wiedeń leciałam…. Zatem wreszcie wystartowaliśmy. Lecimy sobie pięknie, ma być 50 minut do Frankfurtu, a tu pan pilot informuje, że… być może polecimy nawet do Düsseldorfu… fajnie… ale fajnie, do Düsseldorfu!!!! Właśnie tego dnia to było MOJE NAJWIĘKSZE MARZENIE, o którym nie omieszkałam poinformować moją stęsknioną już rodzinę… Oni też marzyli wraz ze mną, abym ujrzała lotnisko w Düsseldorfie…… po kilku minutach niepewności dowiedziałam się, iż nie mogę zrealizować mojego największego marzenia i dolecieliśmy szczęśliwie do Frankfurtu….. Na szczęście też lot do Warszawy był potężnie opóźniony i po ludzku dotarłam do domu…. Nie na 18 jak było w rozkładzie…. na 22…. ale tego samego dnia. I mniej niż dobę zanim Iwonka rozpoczęła swoją podróż z Komische Oper do domu przy Berliner Philharmoniker…

Czyż podróże nie kształcą???

 

 

Leave a Reply