Ciocia Lina….. POCZĄTKI…

with 1 Comment

Dawno dawno….. jeszcze w XX wieku…. pojechałam ze znajomymi muzykami na wyprawę życia… zawsze marzyłam, żeby zobaczyć Wenecję…….. skrzyknęliśmy się w szkole muzycznej, tej na miodowej…… ostatecznie była nas czwórka – jak pojemność samochodu, ja wskoczyłam na miejsce ciężarnej żony kolegi trębacza……. celem był camping Fusina na wprost Wenecji….. jechaliśmy przez Węgry – pamiętam cudowny Balaton, przebiegliśmy oczywiście przez Budapeszt, który znałam z wakacyjnych wypraw z Rodzicami…. bez większych kłopotów dotarliśmy przez Triest do celu… Nie mogliśmy jechać przez Austrię, ponieważ potrzebne były wizy…… nie pamiętam procedur, ale chyba długo i restrykcyjnie się czekało………

Fusina przywitała nas upałem i komarami…… codziennie płynęliśmy vaporetto do Wenecji żeby cały dzień wędrować ulicami, grać i śpiewać…… najmocniejsze wspomnienie z tego wyjazdu to przepłynięcie łodzią z Marghery do Wenecji….. pierwszy raz…. i widok znany mi tylko z pocztówek…… od strony Laguny Plac św. Marka i Pałac Dożów….. zatykało dech w piersiach…… rybacy nas przewieźli…. to było fantastyczne pierwsze spotkanie z Wenecją…..

Nie pamiętam zbyt wiele, ani zdjęć też się nie zachowało wiele…. no nic się nie zachowało…. ale pozostało silne pragnienie powtórzenia wakacyjnej wędrówki…..

Wenecja po wieczornym deszczu, widok z vaporetto, 1991, Kosciół Santa Maria della Salute

File0032-Po burzy

Namówiłam Iwonę Piastowską (której akompaniowałam na fortepianie na jej koncertach poezji śpiewanej) i przez następne kilka lat jeździłyśmy razem dobierając sobie jeszcze kogoś muzycznego do kompanii…. jednym z fajniejszych wyjazdów była zwariowana wyprawa z Robertem Gierlachem…. przed wyjazdem Robert, nasz cudowny bas pochodzący z Sanoka, nocował u mnie w domu…. wieczorem przygotował czarowny napój, którego potem już nigdy nie udało mi się skosztować….. JORŻKI. Nie zapomnę do końca życia. Wlewał do szklanki przez chusteczkę na zmianę piwo i wódkę…. powstał NAPÓJ W PASKI który nie pozostawiał w organizmie efektów ubocznych, oczywiście pity nie w ilościach hurtowych 😀

Do granicy austriacko – włoskiej wiózł nas super autem kolega Iwony, Ziutek, który też był strasznym oryginałem…. Niestety nie mógł z nami wjechać do Włoch, ponieważ nie zdążyliśmy z wyrobieniem wizy dla niego…. W Wiedniu poszliśmy na Prater i oczywiście skosztowaliśmy wszelakich przejażdżek…. Prosty wówczas rollercoaster miał jedną pętlę w której wykonywało się sekundowe zawiśnięcie do góry nogami….. zaliczyłyśmy go z Iwoną ze 4 razy, pamiętam że cena za przejazd była 25 szylingów…. ale myśmy śpiewali już i grali w centrum Wiednia, blisko katedry Stefana, więc monety mieliśmy uzbierane!!!! Najgorszym przeżyciem była dla mnie maszyna kręcąca się wkoło, coś w rodzaju gondoli, ale tam to wisiało się już dużo dłużej i więcej w życiu do tego nie wsiadłam…. nawet nie z powodu tego wiszenia. Zabezpieczenia uważam za niedostateczne. Nie jestem małą osobą ale gdybym się porządnie nie trzymała to bez problemu mogłabym się wyśliznąć z tych poręczy….. 🙁

Przypomina mi się nocleg na autostradzie w Austrii, już za Wiedniem, na jednym z parkingów……. poznałam wtedy osobiście automatyczne toalety, a nawet było to spotkanie bardzo bliskie. Weszłam do środka po jednej pani i….. zostałam bardzo dokładnie umyta…… 😀 W Polsce takie sprzęty były chyba objęte jeszcze tajemnicą państwową, więc tylko to mam na swoje usprawiedliwienie…..

Wenecja, Wenecja i wciąż camping Fusina…… podczas pierwszego pobytu z Iwoną jednym z miejsc, gdzie siadałyśmy i muzykowałyśmy był most łączący Castello z Arsenale….. przy Hotelu Gabrielli – Sandwirth….. Któregoś razu z hotelu wyszła do nas przepiękna i elegancka pani. Rozmawiałyśmy po angielsku. Pani zaprosiła nas do środka “bo na pewno jesteście trochę głodni”…. odpowiedziałam wprost, że mieszkamy na campingu i nie stać nas na jedzenie w czterogwiazdkowym hotelu….. pani się delikatnie uśmiechnęła i odpowiedziała: “jestem właścicielką i was zapraszam”………. gdy graliśmy stała na dachu hotelu, gdzie jest solarium i usłyszała jak śpiewałam Pieśń Solveigi Griega……

Na zdjęciu z Iwoną i Michałem – oboistą, na salonach u Liny

Scan — kopia

Carolina Perkhofer, zwana przez wszystkich Signoriną Liną, stała się jednym z filarów mojego życia… od tego czasu na kolejne weneckie wyprawy przyjeżdżaliśmy na tydzień już do niej “bo na campingu są komary”…. było dużo prześmiesznych sytuacji, ale najbardziej śmieję się, gdy wspominam akcję BILLA HEUTE. W Polsce nie było jeszcze tych szałowych “marketowych” reklamówek a zdobycie takowej jakiejkolwiek zagranicznej firmy nie tylko graniczyło z cudem, ale i dla potencjalnego właściciela było powodem do dumy…. Robiliśmy wtedy zakupy w Wiedniu w supermarkecie czy jak by to dziś nazwać dyskoncie BILLA….. Kolorowe torby, żółto – czerwone……. no i potem paradowaliśmy z nimi dumnie…. tak wyposażeni osiągnęliśmy nasz cel, czyli hotel Liny….. Iwona, Robert i ja….. w tych torbach to się trzymało różne rzeczy, a one i różne ciężary wytrzymywały 😀 Drugiego dnia pobytu po śniadaniu przybiegł do nas przerażony Robert z informacją, że zginęły mu dokumenty i portfel….. zarządziliśmy oficjalne szukanie, w które włączyła się starsza siostra Liny, Hedi…. Po pół godzinie i namierzeniu sprzątaczki, która działała w naszych pokojach zjawiła się u nas Hedi z …. torbą BILLA HEUTE zawierającą poszukiwane sprawy…… Trzymała ją tak charakterystycznie, w dwóch palcach przed sobą i spytała z dziwną miną: “czy to TO???” ………. Zamarliśmy……. Dokumenty i portfel Roberta zostały potraktowane jako śmiecie, gdyż wszystkie reklamówki były tam traktowane jak kosze….. a dla nas to była profanacja świętości….. TAKA WSPANIAŁA TORBA NIE MOGŁA BYĆ ŚMIETNIKIEM!!!!!!!! Billa Heute……. 😀 😀 😀  do dziś jak coś się w domu zapodzieje to używamy czarodziejskiego hasła 😀

Po kilku latach wypraw towarzyskich zjawiłam się w Wenecji z moim ówczesnym narzeczonym Jaśkiem………

I tu się zaczął NOWY ROZDZIAŁ……..

C.D.N.

 

 

One Response

  1. Helena Zaborowska
    | Reply

    Czekaaaamyyyy!!!

Leave a Reply